Niedziela. I juz prawie po niedzieli. Jutro na 7 w mróz do pracy. Od zeszłego roku mam chyba depresje jesienno-zimową. Nic mi się nie chce, najchętniej bym siedział od rana do nocy i oglądał seriale-mózgojeby.
Nic to, dziś musiałem się zabrać za Tatarów Zima. Tzn. za malowanie. Chłop mi jaja urwie, cholera... Musimy sobie jakiś konkretny termin ustalić np. że mu odeślę figsy do ostatniego lutego.
Wyprzedaję się z nikłego jak dotąd wyposażenia które uzbierałem na potrzeby uczestniczenia w bractwie kieleckim, muszkieterskim. Nie da rady, nie mam czasu ani finansów teraz aby dokładać sobie jeszcze takie, kosztowne skądinąd hobby. A nie chcę zawodzić przy kolejnych wyjazdach kapitana regimentu i ludzi w bractwie.
Szczerze to w tej chwili marzę o jakimś długim resetowaniu się gdzieś w ciepłych krajach, bez żadnych zobowiązań, problemów, rachunków... heh, chyba każdy by tak chciał. No może poza tymi psychopatami z chronicznym pracoholizmem ;)